Lasy Kobiórskie

Strona główna >> Lasy Kobiórskie

Na początek małe wyjaśnienie. Ze względu na to, że ekipa knurowska naciskała na dojazd na rowerach a na PKP Tychy nikt nie dołączył to zmieniliśmy nieco przebieg trasy, jednak w tym opisie poszczególne atrakcje pojawiają się w takiej kolejności, w jakiej powinny przy realizowaniu pierwotnego planu.

Dworzec w Tychach robi wrażenie jedną rzeczą. Prosto z ulicy można sobie po prostu wjechać na peron. Jeszcze z czymś takim się nie spotkałem, dla rowerzysty rozwiązanie idealne. Kilkaset metrów od stacji przejeżdżamy po pierwszym tyskim osiedlu z charakterystyczną dla tego miasta nazwą A. Osiedle lata świetności ma już za sobą, jednak w porównaniu z innymi dokonaniami socrealizmu jest po prostu ładne i po ewentualnym odnowieniu nadal może być bardzo przyjemnym miejscem do życia.


Najczęściej fotografowana laska w Tychach

Wykorzystując doskonałą sieć ścieżek rowerowych (nie mylić z nawierzchnią tychże) dojeżdżamy do Browarium Tyskiego (zamknięte) i na rynek. Ten, z dominującym nad nim najstarszym tyskim kościołem św. Magdaleny robi bardzo dobre wrażenie, więc spędzamy tu kilka minut przy szumie wody z właśnie uruchamianych fontann. Kolejny krótki postój jest również przy fontannie, kilkaset metrów dalej na planu Baczyńskiego.


Te Magdaleny to wszystkie takie dominujące?

Śmieszne te foki jakieś...

Baczyński byłby dumny z tego placu

Kilka kolejnych kilometrów po tyskich osiedlach pozostawia w nas mieszane uczucia. Po dojeździe na Paprocany i przejechaniu się brzegiem jeziora możemy już definitywnie przyznać: zazdrościmy Tyszanom. Ścieżek rowerowych, parków, placów, osiedli (niektórych) i klimatu na Paprocanach. Na szczęście teraz zagłębiamy się w lasy kobiórskie, co skutecznie odciąga myśli w bardziej przyjemne rejony. Przejeżdżamy przez Kobiór, zatrzymując się na chwilę pod Smolarnią i wpadamy dalej w las. Przy rezerwacie Babczyna Dolina zbaczamy ze szlaku aby zagłębić w klimat rezerwatu, co okazuje się zarówno dobrą jak i złą decyzją. Dobrą, bo trasa, choć ciężka jak pieron, sprawia dużo frajdy dając chwilę wytchnienia od dosyć już nużących płaskich i równych szlaków. Złą, bo chwila nieuwagi niemal wyeliminowała jednego uczestnika. Skończyło się na lekkim naciągnięciu ścięgna w kolanie i zadrapaniach od malin, ale dalszą drogę przez rezerwat pokonujemy ze zdwojoną czujnością.


Paprocany

Smolarnia

Wśród tych traw i błota czai się groza

W dalszej drodze mijamy rozpadający się Pałac w Baranowicach, jakiś taki smutny rynek w Żorach i malowniczo ulokowaną wieżę pozostałą po hucie Waleska. W międzyczasie przejeżdżamy obok PKP Żory, ale na szczęście nikt nie jest zainteresowany wcześniejszą przesiadką na pociąg. Przy dojeździe do Palowic jesteśmy zaskoczeni widokiem tłumu ludzi na naszej trasie. Ludzie entuzjastycznie krzyczą i dopingują nas przejeżdżających przez linię mety, co zdecydowanie przekracza moje najśmielsze wyobrażenia na temat mieszkańców Palowic. Zresztą skąd wiedzieli? Można by co prawda przyjąć, że cały ten majdan zorganizowany był dla jakichś biegaczy i tłum dopingował biegnące akurat dzieciaki, ale takie wytłumaczenie jakoś mnie nie przekonuje. Sam dwór w Palowicach został przerobiony na szkołę a budynek tak bardzo nie odróżnia się od innych szkół, że aż się wierzyć nie chce, że mogła to być jakaś ładna rezydencja.


Sic transit gloria mundi

To je Gichta

Kolejne 20 km to najdłuższy etap bez żadnej atrakcji po drodze, głównie asfaltem przez lasy i wioski. Zwieńczeniem tego mało ciekawego odcinka jest bardzo fajnie odświeżony bunkier Sowiniec. Po następnych 10 km jesteśmy już w Tychach, gdzie po zwiedzeniu Browaru Obywatelskiego zajeżdżamy pod PKP kończąc tyską pętlę.


Schron zamknięty. A jakby tak nagle jakaś wojna to co?

Niby Browar, niby Obywatelski. No ale może nie o 8 rano w sobotę.

P.S. Gratulujemy pierwszej setki Maćkowi. Teraz to już z górki.