Rower na co dzień

Strona główna >> Porady Rowerowe >> Rower na co dzień

Codzienne dojazdy do pracy i z powrotem to świetna okazja do spokojnego treningu kardio zwiększającego wydolność organizmu, pozwalającego utrzymać dobrą kondycję i pozbywać się zbędnych kalorii. Dzięki temu weekendowa wycieczki będą czystą przyjemnością a podczas wyprawy rowerowej nie będziemy się martwić, czy uda się przejechać dzienny dystans. Niestety jak to w życiu bywa z codziennymi dojazdami są też pewne kłopoty – tekst ten jest o tym jak sobie z nimi radzić oraz jak się zmotywować do aktywności.

Rowerzystka w wcentrum Chorzowa

Rower jako najlepszy środek transportu

W porównaniu z innymi środkami transportu rower ma łączy w sobie najlepsze cechy komunikacji miejskiej i samochodu a dodatkowo w przeciwieństwie do nich codzienna jazda poprawia kondycję.
Tak jak w autobusie czy tramwaju nie musimy się przejmować znalezieniem miejsca parkingowego ani tankowaniem pojazdu. Tak, jak w samochodzie mamy komfort własnej przestrzeni (a nawet mamy jej zdecydowanie więcej niż w aucie), wybieramy własną trasę co sprawia, że w porównaniu z autobusem jesteśmy szybciej na miejscu. Nie ma potrzeby czekać na przystankach, możemy ominąć większość korków. Szybciej się rozgrzewamy do działania – możemy (choć nie musimy) pominąć pierwszą kawę na pobudzenie. Gdy jeździmy w chłodniejsze dni to dzięki wewnętrznemu ogrzewaniu mamy wrażenie, że jest nam o co najmniej kilka stopni cieplej niż naszym marudzącym na pogodę współpracownikom. Dzięki temu, że utrzymujemy dobrą formę trudniej nam będzie złapać przeziębienie czy grypę, a jeśli już się trafi to będzie mieć łagodniejszy przebieg.

Rowerzysta w drodze do pracy

Minusy dojazdu na rowerze i jak sobie z nimi radzić

Pot

Jazda na rowerze to wysiłek a ten często wiąże się z rozgrzaniem organizmu i co za tym idzie koniecznością jego schłodzenia przez pocenie się. Wielu ludzi przez to nie podejmuje nawet próby wykorzystania roweru przy dojazdach do pracy, zwłaszcza, jeśli nie ma tam warunków żeby się odświeżyć po jeździe.

Łatwo sobie z tym jednak poradzić. Po pierwsze dojeżdżając do pracy nie forsujemy tempa – jedziemy po prostu tak, żeby się nie pocić. To też świetna forma rozgrzewki. Wracając można przycisnąć mocniej na pedały – dzięki temu stopniowo będziemy przyzwyczajać organizm do szybszego tempa i stopniowo nawet dojazdy do pracy będą na większej prędkości bez potu.
Ważne jest też ubranie, lżejsze niż wybralibyśmy jadąc autobusem. Warto wybrać koszulkę i/lub bluzę oddychającą (na rower lub do biegania – ich ceny nie odbiegają zbytnio od cen normalnych ubrań, chyba, że zależy nam na lansie). Grubość ubrania w zależności od pogody jest sprawą mocno indywidualną, ale początkowo możemy przyjąć, że jeśli jest powyżej 15 stopni ubieramy samą koszulkę, przy około 10 – 15 stopniach dokładamy bluzę. Dla przedziału 0 – 10 stopni prawdopodobnie przyda się dodatkowa bluza (np. lekka wiatrówka) a poniżej 0 stopni trzeba już myśleć o kurtce zimowej.
Zabieramy też ubranie na zmianę – szybka zmiana spodni i koszulki w toalecie, lekki retusz dezodorantem i nikt nawet nie zauważy, że dojeżdżamy rowerem. No chyba, że zwróci uwagę na to, że tryskamy energią.

Dystans
Dojazd do 20 km w jedną stronę nie powinien być problemem – to daje maksymalnie 2 – 3 godziny na trening dziennie. W porównaniu z samochodem stracimy może godzinę lub półtorej. Warto ten czas zainwestować w rozwój. Przy mniejszych dystansach możemy nawet wyjść na plus z czasem.
Powyżej 20 km zaczyna się robić kłopotliwie, zwłaszcza, gdy mamy trochę innych obowiązków w domu.
Można wtedy połączyć rower z pociągiem, autem czy tramwajem lub autobusem jeśli nie są zatłoczone. Samochodem możemy podjechać na większy, zazwyczaj wolny parking supermarketu a kilka kilometrów od niego do pracy pokonać rowerem. Wymaga to oczywiście odpowiedniego bagażnika i trochę czasu na montowanie i zdejmowanie roweru, ale często to i tak szybsze, niż szukanie miejsca w centrum. No i nie trzeba płacić za parkowanie.

Pogoda
Naprawdę dobre warunki na rower mamy w Polsce mniej więcej od kwietnia do października, z przerwami na dni deszczowe. Zostaje 5 miesięcy, kiedy może być ciężko – zimno, ciemno, na drodze rowerowej tony liści, śnieg lub pośniegowa chlapa, gołoledź i wszędzie pełno niszczącej soli.
Z doświadczenia wiem, że pojęcie złe warunki bardzo się przesuwa w miarę, jak jeździmy. Po pół roku dojazdów to, co wydawało się wcześniej pogodą absolutnie nie nadającą się na rower, jak lekka mżawka czy mroźny poranek, staje się normą i zupełnie nie przeszkadza. Warto więc zacząć dojeżdżać w maju lub czerwcu i kiedy nadejdą gorsze, październikowe czy listopadowe ponure dni mieć już tyle doświadczenia i wyrobionego przyzwyczajenia, że nawet nie zauważymy, że coś się zmieniło i przypomną nam o tym tylko pełne podziwu spojrzenia innych.
Deszcz, ten solidny kiedy leje jak z cebra, to faktycznie problem. Czasem nawet nieprzemakające płaszcze i wodoodporne nakładki na buty niewiele pomogą a ociekanie wodą przy przy wejściu do pracy, jeśli pracujemy np. w biurze, to nie jest najlepszy pomysł. Osobiście odpuszczam takie dni – nie ma ich znowu tak wiele w ciągu roku – i wybieram autobus lub auto. Jeśli natomiast prognoza zapowiada deszcze, a ranek jest jeszcze w miarę w porządku i wygląda na to, że nie lunie podczas dojazdu, to jadę – po pracy można już moknąć.

Jazda zimą to temat trochę zbyt obszerny i opiszemy go w innym tekście.

Dzieci
Dzieci to dobra wymówka. Dojeżdżałbym do pracy, ale muszę zawieźć i odebrać dzieci z przedszkola czy żłobka.
Bardzo łatwa jednak do obalenia – dla jednego dziecka fotelik, dla dwójki przyczepka. Ok, przy trójce lub więcej faktycznie nie widzę dobrego rozwiązania.
Plus jazdy z dzieckiem na rowerze jest też taki, że jak już podrośnie i pójdzie do szkoły prawdopodobnie same będzie chętnie dojeżdżać. Choć na to gwarancji nie ma.

Serwis
Części rowerowe się zużywają, często szybciej niż byśmy sobie tego życzyli. Przy 10 km dojeździe do pracy, robimy codziennie 20 km co daje 100 km na tydzień. W miesiącu 400, w roku, nawet jak unikamy zimy zrobimy ponad 2000 kilometrów. Może to oznaczać wymianę nawet dwóch łańcuchów, opony, a co 2, 3 lata prawdopodobnie kasety, chyba, że jest zintegrowana w piaście w rowerze miejskim. Wyjdzie nieco taniej niż miesięczny na autobus nie wspominając o benzynie i serwisie auta, ale jednak hasło o tym, że rower jest darmowym środkiem transportu można wyrzucić do kosza. Zwłaszcza jak doliczymy cenę samego roweru i serwisowania.

Domowy serwis roweru przy codziennych dojazdach to raz w tygodniu czyszczenie i smarowanie łańcucha (chyba, że wcześniej coś zaczyna chrzęścić) i sprawdzenie ciśnienia w oponach i ewentualne dopompowanie. Raz w miesiącu kontrola naciągu łańcucha (zbyt luźny trzeba wymienić, żeby nie popsuł kasety), bieżnika na oponach, hamulców i sprawdzenie, czy nic się nie luzuje przy siodełku czy kierownicy. Nie ma z tym dużo roboty, ale chwilę czasu trzeba sobie zarezerwować.

Rowerzystka jedzie do  pracy

Motywacja

Najgorzej jest zacząć. Po tygodniu czy dwóch mózg przyzwyczai się już do codziennej rutyny i dojazdy na rowerze wejdą po prostu w krew (nawet dosłownie, podczas wysiłku uwalniamy do krwiobiegu kilka fajnych substancji, jak np. endorfinę – taki naturalny narkotyk).
Jeśli masz trochę zbędnych kilogramów to motywacja już jest. Dzięki treningowy kardio, jaki rower zapewnia bez specjalnego planu treningowego, organizm sam zacznie gubić nadmiar masy. I to nie dlatego, że spalasz kalorie jadąc, ale dlatego, że natura dąży do wydawania jak najmniejszej ilości energii. Inaczej mówiąc, lenistwo jest faworyzowane. Zatem przy codziennych dojazdach poprawi się krążenie i przemiana materii. Tłuste potrawy będą cię odrzucać, nie dlatego, że są niezdrowe, ale dlatego, że leniwy organizm sam powie: Nie mam zamiaru tego wozić! I tak, bez specjalnych diet czy treningów, wykonując tylko to, co i tak trzeba zrobić czyli dojazd do pracy sprawisz, że twój organizm będzie funkcjonował jak dobrze naoliwiona maszyna.
Efektów w postaci zgubionych kilogramów nie oczekuj od razu, nie ma sensu codziennie włazić na wagę i oczekiwać cudu. Liczy się samopoczucie i świadomość bycia w formie. A kilogramy same zaczną po jakimś czasie spadać. Może to być miesiąc, może rok ale będziesz mieć pewność, że dzieje się to w sposób zupełnie naturalny i zdrowy, bez efektów ubocznych.
A dodatkowo kawa i ciacho w czasie przerwy będziesz traktować jako uzupełnienie cukru, pałaszując je bez żadnych wyrzutów sumienia.

Jeśli natomiast nie ma czego zrzucać, albo mamy to już za sobą to dobrą metodą motywacji są wyniki. Można wykorzystać jedną z mnóstwa aplikacji do mierzenia czasu, dystansu i prędkości i porównywać się z innymi. Najpopularniejsze to Strava (z dużym naciskiem na rower właśnie, choć w pełnej wersji raczej dla półprofesjonalnych już kolarzy) i Endomondo (skierowana raczej dla biegaczy, ale rower też obsługuje. W dodatku ma imponującą sieć społecznościową). Przynajmniej na początku o poprawę wyniku jest bardzo łatwo i wracając z pracy można walczyć o coraz lepsze osiągnięcia i rekordy życiowe, a ich zdobywanie daje nam dodatkową dawkę pozytywnych hormonów we krwi.
Po jakimś czasie pokonywanie swoich rekordów już nie idzie tak łatwo, powoli osiągamy swe granice i bez specjalnych treningów ciężko będzie je przekroczyć. Jednak zanim to nastąpi, nawyk codziennego dojeżdżania na rowerze będzie już tak zakorzeniony, że nie będzie nam potrzebne żadne dodatkowe wspomaganie.

Jazda na rowerze to gratisowa dawka szczęścia i energii. Pozwala utrzymać dobrą formę, kondycję i samopoczucie. Jeśli możemy to robić w czasie, który i tak marnujemy na dojazd do pracy – to nie ma się nad czym zastanawiać. Zatem do zobaczenia w trasie – obojętnie w drodze do pracy czy podczas weekendowego wypoczynku.

Polub, podziel się lub skomentuj: