Rodzinna Jura

Strona główna >> Rodzinna Jura

Nigdy nie przepadałem za wyprawami pod namiot. Zamiast wieczornej i porannej zabawy w rozkładanie i składanie wolałem zarezerwować sobie wygodny dach nad głową z pewnym łóżkiem i prysznicem. Jednak w życiu trzeba próbować nowych rzeczy więc za namową małżonki zaplanowaliśmy wakacje z namiotem. Przede wszystkim miała to być doskonała przygoda i rozrywka dla naszych chłopaków – Florek (lat 4) i Tymek (niespełna 2 lata) bardzo entuzjastycznie podeszli do tematu. Wybór padł na Jurę, a konkretnie na jej mniej popularną część Wyżynę Wieluńską oraz północny kawałek Jury właściwej. Plan zakładał około 40 km dziennie i dużo zwiedzania, żeby młodych nie zanudzić i nie zniechęcić do kolejnych wyjazdów. Pojazdy przygotowane, przyczepka zapakowana do granic możliwości, dojazd zapewniony, powrót i ewakuacja w razie czego zaplanowane. Ruszamy.

Zaczynamy w Wieluniu w miejscu startu lokalnej trasy rowerowej EWI-1. Samego miasta nie zwiedzamy, choć w sumie szkoda, bo trzeba było chociaż rzucić okiem na mury obronne. Szlak szybko gubimy, GPS nie chce odpalić zatem jedziemy tradycyjnie ufając mapie i własnej orientacji. Przyzwyczaiłem się już do wspomagania techniką więc to ostatnie nie było takie pewne, jednak wbrew obawom naturalny kompas działa bez zarzutu i trafiamy na właściwą trasę gdzie po paru kilometrach sygnał GPS i oznaczenia szlaku pojawiają się niemal równocześnie. Pierwszym przystankiem jest Krzyworzeka z zabytkowym kościołem i dzwonnicą z XIII wieku, gdzie podobno Łokietek ukrywał się przed pościgiem Krzyżaków. Przyszły król miał spore szanse widzieć a nawet odwiedzić Krzyworzekę ale Krzyżacy to chyba tylko dla ubarwienia opowieści.
Po pokonaniu kilku kilometrów i największego tego dnia podjazdu meldujemy się w Ożarowie, gdzie po drugim śniadaniu zwiedzamy dosyć popularny turystycznie Dwór Szlachecki. Miejsce warte odwiedzenia, za niewielką opłatą możemy obejrzeć i posłuchać w jakich warunkach żyła niegdyś średnio zamożna część warstwy uprzywilejowanej. A co do opłaty, lepiej mieć odliczone 3,50 pln za bilet. Za dwie wejściówki nie daliśmy rady zapłacić banknotem 20 złotowym. Po uzbieraniu 6,20 pln brakujące 80 groszy zostało nam przez obsługę darowane.
Po ukulturalnianiu ruszamy w dalszą trasę. Po drodze mijamy drewniany młyn, drewniane kościoły w Grębieniu i Łaszewie i szlakiem rowerowym wzdłuż Warty udajemy się do Kamionu, gdzie czeka na nas pierwsze pole namiotowe w ośrodku harcerskim. I tutaj zaczynają się pierwsze nieprzyjemności – na kilka kilometrów przed końcem trasy zaczyna padać, tak, że nawet atrakcyjnie brzmiące Kurhany Książęce nie motywują nas wystarczająco aby zjechać z trasy. Sam ośrodek nie jest zbyt łatwy do odnalezienia i gdy w końcu w strugach deszczu udaje się nam go zlokalizować decydujemy się na dach nad głową w postaci niskobudżetowego domku zamiast rozbijania namiotu. Chłopaki jednak zadowolone, gdy deszcz tylko trochę ustaje znajdują dodatkowy prysznic pod urwaną rynną i tak niemożebnie szczęśliwi spędzają czas do wieczora. Normalny prysznic też jest a cudowny zachód słońca nad Wartą rozwiewa czarne chmury nad naszymi głowami. Mimo że jeszcze prawie całą noc pada to z niecierpliwością czekamy na to, co przyniesie dzień następny.


Dwór Szlachecki w Ożarowie

No kto by pomyślał, że taki zasłuchany

Pomiędzy jednym a drugim deszczem. Na poprawę humoru

Dzień drugi rozpoczyna się pięknym, bezdeszczowym porankiem. W dobrych nastrojach wyruszamy zatem na zwiedzanie atrakcji Załęczańskiego Parku Krajobrazowego. Przedzieramy się przez lasy, gdzie po piaszczystych trasach rowerowych musimy obładowane pojazdy pchać na sporych odcinkach. Kto jeździł po Jurze ten wie, że to żadna niespodzianka. Podziwiamy Wartę, która mimo stosunkowo niewielkiej odległości od źródeł jest tu już całkiem rozległą rzeką, znakomicie nadającą się do rodzinnych wypraw kajakiem i amatorów takiej formy spędzania wolnego czasu spotykamy całkiem sporo. Po dotarciu do pierwszej zaplanowanej atrakcji czeka na nas niemiła niespodzianka – Jaskinia Szachownica jest obecnie ogrodzona, gdyż trwają prace umożliwiające dopuszczenie jej do wygodnego i bezpiecznego dla mieszkających tutaj nietoperzy zwiedzania. Kiedy prace się zakończą może tu być naprawdę świetnie, teraz jednak zadowalamy się obejściem jaskini wzdłuż siatki ogrodzenia i zrobieniem kilku fotek z zewnątrz. Kolejną atrakcją jest Rezerwat Węże, do którego dotarcie i później wyjazd przysporzyło nam sporo kłopotów. Znakowane trasy dojazdowe były bowiem nieprzejezdne, zawalone przewróconymi drzewami, nad którymi przyczepkę trzeba było przenosić ręcznie. Sam rezerwat z pozoru lichy, potencjalny widok ze wzniesienia zasłonięty drzewami. Po krótkim rozpoznaniu okazuje się jednak bardzo atrakcyjny, a szukanie kolejnych jaskiń dostarczyło nam sporo uciechy. Największe z grot były zamknięte kratami, co jednak nam zupełnie nie przeszkadzało, bo z dziećmi i tak byśmy ich nie zgłębiali. A co do dzieci, to Tymona dopadł kryzys i za nic nie chciał kontynuować trasy. Uspokoił się dopiero gdy wyjechaliśmy z lasu. Dziecko cywilizacji, cóż począć. Ostatnie kilometry trasy dają nam popalić – w większości piaszczyste drogi leśne sprawiają, że większość trasy pokonujemy pieszo. Docieramy wreszcie na nocleg w kolejnym ośrodku ZHP i tutaj kompletne zaskoczenie. W porównaniu z poprzednim ten jawi się niczym kurort. Hotelik, domy kolonijne, stołówka gdzie za niewygórowaną cenę dostajemy porządne kolację i śniadanie. Tylko prysznic dla namiotowiczów jak z poprzedniej epoki, ale i tak jesteśmy zadowoleni z warunków. Rozbijamy się przy placu zabaw, więc chłopaki mogą szaleć do późnego wieczora, nawiązując wakacyjne znajomości z innymi wczasowiczami.


Ech, a popływałoby się

Jaskinia Szachownica

Zejście do największej jaskini w rezerwacie Węże

Daleko jeszcze?

W nocy trochę popadało, ale na szczęście dzień nastał pogodny. Trzeci etap podróży miał planowo być z gatunku tych mniej ciekawych. Jedyną atrakcja po drodze to pozostałości po bastionie w Dankowie. Bardzo zresztą ciekawe, spacerujemy po murach na których obecnie umieszczona jest bardzo ładnie wkomponowana w otoczenie droga krzyżowa. W dalszej drodze dopada mnie przekonanie, że rowerzyści strasznie niszczą asfalt i chyba powinni płacić dodatkowy podatek drogowy. Za każdym bowiem razem gdy wjeżdżaliśmy na odcinek oznaczony szlakiem rowerowym droga stawała się dziurawa jak sito a manewrowanie aby uniknąć co większych dziur było mission impossible. Docieramy na nocleg w Truskolasach i tutaj pierwszy poważny zgrzyt. Agroturystyka Cwał, która w internecie wyglądała bardzo przyzwoicie i za tym szła również dość wysoka cena noclegu na miejscu prezentuje się fatalnie. Dodatkowo wysiada ogrzewanie wody i musimy korzystać z uprzejmości gości w apartamencie obok. Szczerze nie polecam.


Fortalicje w Dankowie

Pies niby spoko, ale przyczepkę obsikał

Czwarty dzień to krótki, zaledwie 20 km odcinek do Częstochowy gdzie czeka nas zwiedzanie jasnogórskiej twierdzy. Trasa kiepska, bo prosto drogą 494, gdzie ruch jest całkiem spory, ale to tylko godzinka jazdy więc nie narzekamy. Święte miasto wita nas z hukiem. Trafiamy bowiem na próby służb przed wizytą papieża. Co najmniej osiem helikopterów to wznosi się to ląduje, czyniąc przy tym niesamowity hałas a to wszystko w odległości może z 50 metrów od kempingu Oleńka, w którym się zatrzymujemy. Potwierdzają się też moje przypuszczenia, że Florek mógłby przespać bombardowanie. Nie rusza go bowiem start, lądowanie i powtórny start tych wszystkich hałaśliwych maszyn. Cudem budzi się dopiero na 3 ostatnie odloty, więc przynajmniej nie stracił całego widowiska. Rozbijamy się bezproblemowo na kempingu i ruszamy na zwiedzanie. Tereny przy Jasnej Górze opanowane są przez wielojęzyczne (głównie hiszpański i francuski) grupy pielgrzymów na Światowe Dni Młodzieży, co niewątpliwie dodaje życia całej okolicy. Rezygnacja z jazdy i przeznaczenie dnia na zwiedzanie okazuje się dobrym pomysłem. Gdy tylko wchodzimy do jakiegoś muzeum (np. bardzo polecam Bastion św. Rocha na Jasnej Górze) to po wyjściu okazuje się, że właśnie ominęła nas niezła ulewa. Solidnie pada także gdy wdrapujemy się na wieżę. Oglądanie panoramy na wschód jest niemożliwe ze względu na zacinający deszcz. Pozostałe kierunki na szczęście są osłonięte (znaczy wieje równo ze wschodu) i możemy popatrzeć na zasnute chmurami niebo i miasto skąpane w deszczu. Resztę dnia spędzamy na spacerowaniu, oglądaniu szału pokemonów i figlach na placu zabaw.


Leć helikopter, leć

Środek lata... ech

Zabieranie lornetki nie miało sensu

Już wiem gdzie się udać po wymarzone działo!

Kadr z Potopu. Młody Szwed ostrzeliwuje Jasną Górę

Do zachodów słońca to mieliśmy szczęście

Piątego dnia wjeżdżamy już na teren tej bardziej popularnej części Jury i kierujemy się mniej więcej oznaczeniami głównego Szlaku Orlich Gniazd. Jest dobrze. W przeciwieństwie do części południowej tutaj podjazdy dają dużo satysfakcji, gdyż widoki ze szczytów potrafią być niezwykle malownicze. W uroczych okolicznościach przyrody dojeżdżamy do ruin zamku w Olsztynie. W porównaniu do zamku Ogrodzieniec jest on mniej imponujący ale w mojej opinii bardziej atrakcyjny wizualnie a panoramy ze szczytu wzgórza zamkowego zapierają dech w piersiach. Oprócz wszystkich okolicznych wzgórz i skał mamy też jak na dłoni odległą o kilkanaście kilometrów Częstochowę z wybijającą się wieżą na Jasnej Górze, na której to jeszcze wczoraj staliśmy w strugach deszczu. Nie wspomniałem bowiem jeszcze, że tego dnia lato przypomniało o sobie i ostatnie dwa dni jechaliśmy w solidnie przygrzewającym słońcu. Po zachwytach nad zamkiem, lodach i obowiązkowej godzinie na pobliskim placu zabaw wracamy na trasę i pokonując kolejne wzniesienia zjeżdżamy z głównego szlaku w kierunku Złotego Potoku. Swoją drogą dziwne, że główny rowerowy szlak przez Jurę pomija jej najpiękniejsze zakątki – czyli Ojców z Doliną Prądnika i Złoty Potok właśnie. W tym ostatnim nie ma co prawda Orlego Gniazda, ale jest za to rezerwat, Dolina Wiercicy, stawy, przepyszny pstrąg z grilla i cudowny klimat. Na pewno warto tu przyjechać na dłużej niż tylko jedno popołudnie, którym dysponowaliśmy. Warta polecenia jest też gościna w agroturystyce pani Barbary Ślusarczyk, gdzie za niewygórowaną cenę spędziliśmy noc w komfortowych warunkach i miłej atmosferze.


Olsztyn. Tam mieszka smok wawelski, ale tylko w wakacje. Serio, biletowy mówił.

Prawie jak w Sparcie

Ostatni dzień zaoferował nam cudowną letnią aurę ze słońcem świecącym od samego niemal świtu wprost w nasze okna. Dzięki temu mogliśmy zrobić lekkie pranie i tak odświeżeni ruszamy na końcowy etap. Chłopaki otrzymali od gospodyni chrupki na drogę więc tym bardziej ochoczo zajęli miejsca i oczekiwali wyjazdu. Jedziemy lokalnymi szlakami rowerowymi do Żarek gdzie oglądamy kamienne stodoły i podpinamy się do głównego Szlaku Orlich Gniazd. Tutaj pewne zaskoczenie, bowiem aż do Mirowa szlak wiedzie po asfaltowej drodze przeznaczonej tylko dla rowerów. Pięknie, równo i wygodnie. Spędzamy trochę czasu zwiedzając okolice zamków w Mirowie i Bobolicach, pod tym ostatnim zajadamy się lodami i trochę rozleniwieni wracamy na trasę. Asfaltowa idylla nie mogła trwać wiecznie, coraz częściej trafiają się piaszczyste odcinki, czego kulminacją jest podjazd pod zamek Morsko. A właściwie podejście, bo jechać tam się nie da, piach był a tyle miękki i głęboki, że przyczepkę miejscami musieliśmy pchać we dwójkę. Samego zamku nawet nie próbujemy zwiedzać, odpoczywamy trochę i ruszamy w dalszą drogę. W Skarżycach podziwiamy Skałę z Oknem i zjeżdżamy z głównego szlaku w kierunku Zawiercia. To zdecydowanie najtrudniejszy fragment trasy – najwyższe podjazdy od początku wyprawy w dodatku po polnych, bardzo dziurawych drogach, więc wysiłek poniesiony w dotarcie na górę zupełnie nie zwracał się podczas jazdy w dół. Docieramy wreszcie do Kromołowa i meldujemy się pod Źródłem Warty, co jest finalnym punktem naszej wyprawy. Jeszcze tylko kilka kilometrów na dworzec PKP w Zawierciu i możemy odpoczywać w pociągu. Kilka ciepłych słów należy się też Kolejom Śląskim za bezproblemowe przyjęcie naszego taboru, w klasycznych kolejach problemy bywały bowiem nawet z pojedynczym rowerem.


Stodoły z kamienia. Też można

Dron nad zamkiem

Czyż nie uroczo?

Uczmy się spadać poprawnie

Początek dla Warty, dla nas koniec

Cała wyprawa dała nam wszystkim kupę radości i pozytywnie naładowała baterie. Plan udało się zrealizować w 100%, scenariusze awaryjne okazały się na szczęście niepotrzebne. Nawet kapryśne polskie lato postanowiło nie pokazywać nam swojego najgorszego oblicza. A Basia, która na co dzień nie jeździ, bez problemu wytrzymywała dzienny dystans a na podjazdach potrafiła mnie nieźle odstawić. Teraz pozostaje tylko wybrać cel i zaplanować następny wyjazd.