Srebro i władza

Strona główna >> Srebro i władza

Brama w zespole pałacowo parkowym w BrynkuLubię jeździć po swojej okolicy. Robię to często ale zawsze coś mnie zaskakuje, okazuje się zupełnie znienacka, że w promieniu 30 km od domu (czyli dystans na krótką przejażdzkę) znajduje się jakiś do tej pory nieodkryty skarb. Gdy natknąłem się na wydawnictwo Górny Śląsk, Jura i Podbeskidzie. Wycieczki i trasy rowerowe. Wydanie 1 postanowiłem sprawdzić proponowane tam trasy w poszukiwaniu tych pereł z okolicy, które do tej pory przeoczyłem.
Na pierwszy ogień poszła trasa której najbliższy punkt styczny oddalony jest ledwie 15km od mojego domu: Pałace i zamki w okolicach Tarnowskich Gór.
Pogoda na dzień wyjazdu zapowiadała się różnie: raz prognoza wskazywała deszcz, drugi raz słońce, raz zimno, drugi raz ciepło. A potem na zmianę. Ostatecznie stanęło na typowo kwietniowym mixie zimno/deszcz/ciepło/słońce. Pogoda na rower idealna.

Ponieważ dojeżdzaliśmy na trasę rowerami a nie pociągiem czy autem zaczęliśmy nie jak w planie w Tarnowskich Górach ale w Zbrosławicach i tam też mieliśmy kończyć. Pierwszym punktem do zwiedzania miał być Pałac w Wilkowicach, na którego terenie znajduje się aktualnie restauracja Pod Platanami. Niestety, restauracja w sobotę o 8 rano była nieczynna a wejście na leżący przy niej teren ogrodzone solidnym murem i zatrzaśniętą bramą. Przez inną bramę udało się za to złapać fotkę samego pałacu.

Pałac Wilkowice
Szału nie ma, ale to dopiero pierwszy punkt...

Kolejny punkt to zespół pałacowo-parkowy Miedary. Już na wjeździe do zaniedbanego parku wita nas odstraszający znak "Zakaz Fotografowania". Pięknie. Tylko po co? Objechaliśmy niszczejący i opustoszały pałac odprowadzani spojrzeniem jakiejś postaci snującej się przy pobliskich zabudowaniach. Zerknąwszy tylko na intrygujący budynek położony dalej w parku oddalamy się z tego smutnego miejsca, zwłaszcza, że krople deszczu robią się jakby cięższe.


Jak nie wolno fotografować to trzeba to robić szybko

Dwa kilometry dalej inny świat. Pałacyk w Rybnej przerobiony na hotel wita nas odnowioną elewacją i zadbanym terenem w około. A także coraz silniejszym deszczem, który skutecznie odgania pokusę napicia się kawy na hotelowym tarasie. Posilamy się pod namiotem i szczęście się do nas uśmiecha - akurat gdy mamy już ruszać w dalszą drogę przestaje padać. Prawie.


Można?

Kawałeczek dalej, za dzielnicą Strzybnica czeka nas chwila ładowania baterii wśród leśnych dróżek i stawów. Pięknie jest, ale czas jechać dalej.


Pomnik ofiar hitleryzmu

Poza samym dojazdem na trasę nie mieliśmy do tej pory okazji podjechać dłużej niż 10 min w ciągu - atrakcje są tutaj tak gęste. Rekordowe 10km bez zatrzymywania od pomnika do zespołu pałacowo-prakowego w Brynku spędzamy wesoło pedałując, stęsknieni odrobinę za tą przyjemnością. Gdy docieramy na miejsce wcale nie żałujemy, że musimy się zatrzymać, spomiędzy drzew wyłania się bowiem zdecydowanie najpiękniejszy obiekt jaki dziś odwiedzamy - baszta przy pałacu w Brynku. Sam pałac jest bardzo okazały, większy chyba od pozostałych razem wziętych. Jakby mało było słodyczy to właśnie pojawiło się błękitne niebo i nawet kawałek słońca wyszedł zza chmur. Mniam.


Bajkowy klimat w Brynku

Pałac w Brynku

Ze dwie wsie to pewnie przy sprzątaniu były zatrudnione.

Po krótkim popasie ruszamy dalej. Dwa kolejne kilometry Leśną Rajzą i jesteśmy w Tworogu. Tutaj pałac jest używany jako budynek gminy. Sesja zdjęciowa, kilka kółek po placu za pałacem i wracamy na trasę.


Szaro ale ładnie

Nie zdołaliśmy przejechać 500m gdy nagle coś okropnie chrupnęło... łańcuch puścił, rozwalając przy okazji przerzutkę i wózek. Dalsza jazda była niemożliwa, ale na szczęście wspólnymi siłami udało się jako tako poskładać napęd na tyle, że dałem radę wrócić te niemal 40km.

Słowo się rzekło, zatem trzy tygodnie po pierwszym podejściu zbieramy się, żeby dokończyć tarnogórską pętlę. Na dzień dobry pasmo rozczarowań. A to 2 sekundy po starcie okazuje się, że mam flaka, a to przypadkiem znaleziony na mapie pałac Baildonów okazuje się niedostępny i smutny pan na bramie informuje, że nie wolno wjeżdżać, nie wolno fotografować. A to wreszcie niesprawdzone przerzutki zaczynają dokazywać.
Nic to. Słonko świeci, ptaszek kwili, dętka szybko wymieniona, pałac i tak nie był na liście do odwiedzin a przerzutki wystarczyło odrobinę podregulować baryłką. Do Tworogu, gdzie zakończyliśmy podejście pierwsze, docieramy po godzinie. Krótki popas i ruszamy do kolejnego punktu na trasie, to jest drewnianego kościoła w Bruśku. Po drodze napotykamy strumyk płynący sobie nie tak z wolna w poprzek trasy Leśnej Rajzy. Jeden z nas przeskakuje z rowerem, reszta wybiera wspinaczkę na skarpę, w każdym razie pokonujemy pierwszą przeszkodę. Po 40 kilometrach, z czego całkiem niemało po piachach, czas na mały popas. A miejsce całkiem przyjemne, się Nadleśnictwo Koszęcin postarało.


W poszukiwaniu wygodnej ławeczki

Kościół. Brusiek. Kościół w Brusieku Bruśku

I wreszcie pierwszy punkt programu. Drewniany kościół, grota. Ładnie, kilka fotek i można ruszać dalej. Kolejne 20 km głównie lasami docieramy do rynku w Tarnowskich Górach. Poza dojazdem, gdzie nietutejszy pogubi się w gąszczu jednokierunkowych ulic rynek mile zaskakuje. Nawet przestronny, są knajpki, ławeczki, stojaki na rowery. I wygląda to wszystko estetycznie, choć wystawianie w celach reklamowych sporej ilości aut w takiej przestrzeni nie świadczy najlepiej o gustach i priorytetach władz miasta. Choć prawdopodobnie dobrze świadczy o ich przywiązaniu do rodziny.


Urząd Miejski w Tarnowskich Górach. Mają rozmach.

Zabytkowa dzwonnica nieopodal rynku

Kolejne miejsca do zwiedzenia położone są już bardzo blisko. Najpierw Zamek w Starych Tarnowicach, gdzie otwarta kilka lat temu restauracja i hotel robią wrażenie rozmachem. Następnie park w Reptach ze swoimi ścieżkami, mogącymi zadowolić zarówno miłośników spacerów z wózkiem jak i pasjonatów MTB. Swoją drogą Tarnowskie Góry wydają się być przyjazne rowerzystom. Dużo miejskich tras z dobrze oznakowanym dojazdem do atrakcji i zabytków, dość długie i urozmaicone oznakowane trasy poza miastem, parki i zamknięte dla ruchu ulice są otwarte dla cyklistów. Nie wiem jak na co dzień, ale podczas przejazdu niedzielnym przedpołudniem było bardzo miło.


Skoro ma dwa kółka to może da się na tym jechać?

Sztolnia Czarnego Pstrąga. A konkretnie szyb Ewa.

Po parku w Reptach czas na wisienkę na torcie, czyli pałac w Zbrosławicach. Fotki nie ma, majestat tego miejsca był zbyt wielki, żeby wyciągać aparat. Ostatnie kilometry robimy w dość przyzwoitym tempie, niesieni radością z ukończenia pętli (w końcu trwało to ponad trzy tygodnie!) oraz wiatrem w plecy (nareszcie!). Teraz czas zbierać siły na kolejny wyjazd.